6-latki i ich rodzice bez żadnych praw, czyli nowa reforma edukacji!

25 sierpnia 2015 | Autor | Kategoria: Matka w sieci

Sprawa obowiązku szkolnego sześciolatków często rozgrzewała do czerwoności sejmową mównicę w przeciągu ostatnich dwóch lat. Spierali się o tę reformę politycy wszystkich polskich ugrupowań. W sprawę aktywnie włączyli się także rodzice, jednak ich głos został zupełnie zignorowany przez premiera i ministerstwo. W ubiegłym roku problem nie był jednak tak bardzo widoczny, gdyż rocznik maluchów urodzonych w 2008 roku został podzielony na pół. Dzieci urodzone do 30 czerwca 2008 r. miały obowiązek rozpocząć edukację 1 września, a te urodzone od 1 lipca mogły, ale nie musiały, rozpoczynać swojej przygody ze szkołą. W tym roku, w przyszłym tygodniu, obowiązkową naukę w pierwszej klasie rozpocznie cały rocznik 2009. I dopiero wtedy będziemy w stanie tak naprawdę ocenić i sprawdzić prawdziwość solennych zapewnień ministerstwa edukacji narodowej o tym jak wspaniale szkoły są przygotowane na przyjęcie 6-latków.

A wszystko zaczęło się w 2008 roku, kiedy to pierwsza grupa ubiegłorocznych sześciolatków właśnie przychodziła na świat. W wywiadzie dla Gazety Wyborczej, ówczesny minister w Kancelarii Premiera, Michał Boni, zdradził plany rządu dot. reformy edukacji. Nie był przy tym jednak zbyt subtelny, gdyż powiedział wprost dlaczego rząd PO chce w Polsce zreformować system szkolnictwa. W przypływie szczerości minister wyznał: „ (…) Ale sześciolatki muszą iść do szkół. Bo chodzi również o to, żeby wcześniej kończyły edukację. To element polityki rynku pracy, bez tego nie będzie miał kto zarabiać na nasze emerytury. Z punktu widzenia wyzwań demograficznych istotne jest, że my tym jednym ruchem wprowadzamy jeden rocznik więcej do zasobów pracy. I to jest dla nas wysoka wartość (…)”. Jednak na kilka lat temat nie był obiektem rodzicielskich i medialnych dociekań aż do 20013 roku, kiedy to rząd Donalda Tuska przyjął projekt nowelizacji ustawy, wedle którego od 1 września 2014 roku swoją edukację, po rocznym obowiązkowym przygotowaniu w przedszkolu, miały rozpocząć sześciolatki. Niestety, na uporczywe pytania dziennikarzy i rodziców o powód obniżenia wieku obowiązku szkolnego i jakie korzyści odniosą dzieci z rozpoczęcia o rok wcześniej swojej edukacji premier powtarzał jak mantrę zdanie: „to dla dobra dzieci”. Aby wzmocnić swój przekaz i odzyskać nadwątlone zaufanie rodziców spece od rządowego public relations zaprosili do wspólnej konferencji z premierem znaną, lubianą i cenioną wówczas telewizyjną supernianię, D. Zawadzką. Popierała ona oczywiście plan reformy.

Jednak mydlenie oczu rodzicom o najlepszym wykorzystaniu potencjału rozwojowego dziecka się nie sprawdziło, a  wręcz wzbudziło podejrzliwość. Rodzice postanowili wziąć sprawy w swoje ręce i zorganizowali zbiórkę podpisów pod wnioskiem o ogólnopolskie referendum. Akcja odbiła się szerokim echem wśród rodziców, bo udało się zebrać milion podpisów, a oni sami uwierzyli, że mają coś do powiedzenia w sprawie swoich pociech. Ich entuzjazm i euforia zostały jednak szybko zgaszone przez rządzących. Sejm odrzucił wniosek o referendum edukacyjne. Rodzice zatroskani o los swoich dzieci dostali jasny komunikat, że ich głos nie jest brany pod uwagę. Milion podpisów stał się materiałem na brykiet i został zmielony w sejmowej niszczarce.

W politycznym zamieszaniu niewielu polityków zadaje sobie pytanie o same dzieci i najmniej interesuje się losem ich i rodziców, którzy stają przed bardzo trudnym wyborem. A w starciu z machiną państwa czują się oni bezradni. Rodzice zgłaszają konkretne zastrzeżenia co do reformy i nie są to pytania bezpodstawne. Internetowe fora wprost zasypywane są pytaniami od rodziców, którzy chcą wiedzieć, jaka jest sytuacja wcześniaków urodzonych pod koniec danego roku kalendarzowego? Czy też obowiązuje je, w tym przypadku już nawet o dwa lata, przyspieszenie reformy szkolnej, czy mają zaczynać pierwszą klasę już w wieku 4-5 lat? A co z dziećmi urodzonymi pod koniec danego roku kalendarzowego? Już nawet pobieżne zapoznanie się z literaturą i opinią psychologów dziecięcych daje podstawy do obaw, bo według nich istnieje istotna różnica między dzieckiem 6 a 7-letnim. W przypadku, gdy dziecko 7- letnie urodziło się w styczniu danego roku, a sześcioletnie w grudniu roku następnego to de facto jest między nimi dwa lata różnicy! A dwa lata w dziecięcej psychologii rozwojowej to przepaść!

Nauczyciele wychowania przedszkolnego w prywatnych rozmowach z rodzicami często przyznają, że ta reforma to totalna porażka i kompromitacja państwa. Podają także bardzo dramatyczne przykłady na potwierdzenie swojej tezy, np. o dziewczynce, która przeżywa załamanie, bo przez rok uczestniczyła w zajęciach w „zerówce” dla przedszkolaków, która mieściła się w szkole, ale psycholog orzekł, że nie nadaje się jeszcze ona do rozpoczęcia nauki w pierwszej klasie i…Zaczęły się problemy, bo szkoła zlikwidowała w tym roku „zerówkę”, bo nie ma miejsc dla sześciolatków, a co dopiero dla rok młodszych „zerówkowiczów” i dziewczynka została de facto zdegradowana i odesłana z powrotem do przedszkola! Czy ktoś w ministerstwie zastanawiał się jak teraz czuje się dziecko? Czy ta degradacja nie wpłynie na załamanie poczucia własnej wartości już na początku edukacyjnej drogi tego dziecka!?

Kolejnym problemem, na który zwracają uwagę rodzice to nauka w pierwszej klasie na zamiany. Z powodu zbyt wielkiej liczby dzieci szkoły zmuszone były wprowadzić naukę na zmiany dla dzieci w najmłodszych klasach. W prosty sposób można odszukać na stronach internetowych szkół podstawowych, w dziale „plan lekcji”, informację, że  klasy pierwsze, których jest np. pięć, mają lekcje na zmiany od 8:00 do 13:00, a część od 13:00 do 18:00. Jakby tego było mało, ta grupa maluchów, które kończą zajęcia tak późno następnego dnia rozpoczyna  lekcje od samego rana. Nie wspominam już tutaj o pracy zawodowej rodziców, bo niewielu może sobie pozwolić na rozpoczynanie pracy po odprowadzeniu dziecka do szkoły na 13:00.

Ministerstwo edukacji ma na takie wątpliwości i pytania rodziców tylko jedną odpowiedź i radę – świetlica. Wydaje się jednak, że pani minister dawno nie była w takim miejscu. Na początku br. sekcji oświaty NSZZ Solidarność z Gdańska przygotowała raport nt. działalności świetlic szkolnych na podstawie ponad 100 ankiet przeprowadzonych w szkołach w Gdańsku, Toruniu i Bydgoszczy. Wyniki były porażające. Okazało się, że pod opieką jednego wychowawcy przebywa w świetlicy nawet 80 dzieci! Zgodnie z przepisami dziecko powinno mieć zapewnione w świetlicy 2,5 m2 przestrzeni wokół siebie, jednak to zalecenie jest nagminnie łamane ze względu na brak sal. Ponadto w świetlicy przebywają także dzieci z innych roczników i nie ma możliwości zapewnienia opieki tym najmłodszym, a często sale świetlicowe pełnią także funkcje szkolnej stołówki. W polskich więzieniach limit powierzchni, jaka powinna przypadać na jednego skazańca wynosi 3 m2 i jest najniższy w Europie. A maluchy w szkolnej świetlicy mają nawet mniej miejsca niż polscy więźniowie w celach.

1 września br. w szkolnych ławkach zasiądzie ponad 380 tysięcy sześciolatków i połowa siedmiolatków z rocznika 2008. Ministerstwo szacuje, że łącznie będzie to ponad 600 tysięcy maluchów. W czerwcu 2016 roku rodzice tysięcy maluchów i same dzieci wystawią prawdziwą cenzurkę reformie edukacyjnej premiera Tuska. I pozostaje pytanie, czy rodzicom w Polsce, w trosce o swoje dzieci, pozostaje jedynie obywatelskie nieposłuszeństwo i proszenie psychologów o zaświadczenia o odroczeniu obowiązku szkolnego?

Sylwia Kochel-Pacocha
Autorka jest mężatką i pracującą mamą Stasia.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
Tagi: , , , , ,

Komentarze:

Napisz nowy komentarz

1022