Góry zmian

30 czerwca 2015 | Autor | Kategoria: Matka w sieci

Od jakiegoś czasu funkcjonuję w trybie wakacyjno- urlopowym, co widać wyraźnie. Po dwóch wpisach długa przerwa. Za to urlop udał nam się wyśmienicie. Chciałbym się podzielić pewną refleksją, która zrodziła się w tym wspaniałym czasie.

W zasadzie taki banał, że nawet nie wiem, czy mam o tym pisać. Każdy wie, jakie jest życie – jaki koń jest, każdy widzi. Czasami jednak warto sobie oczywistości przypominać – ich zbawienne działanie nie polega na jakiejś wielkości i odkrywczości samych w sobie, ale na chwili, w której się pojawiają. Pojechaliśmy z dziećmi w góry. Przyznaję się szczerze, że obawiałem się tego wyjazdu. Po urlopowych doświadczeniach z ubiegłych lat spodziewałem się marudzenia, narzekania, nieznośnie ślimaczego tempa poruszania się w płaczu i zawodzeniu… czyli super próby cierpliwości. Taki test, czy jeszcze (a może już?) nadaję się na rodzica płci męskiej – wyważonego, opanowanego, zdolnego nieść pocieszenie i spokojną motywację do wysiłku. Dłuższe (na więcej niż jeden dzień) wyjazdy z całą naszą rodziną są dla mnie wielkim wyzwaniem, sporym trudem. Wydaje mi się, że ostatnio odkryłem przyczynę tych trudności Wakacje, jeszcze od czasów młodości, kojarzą mi się z beztroską pobytu u cioci nad morzem, urozmaiconym czasem na obozach harcerskich, solidnym i zarazem radosnym zmęczeniem na wyjazdach ministrantów. Z podobnymi oczekiwaniami podchodziłem do naszych rodzinnych wakacji. Tego nastawienia nie byłem jednak świadomy, widzę je z perspektywy kilku lat. W tym roku strategia nasza – to znaczy mnie oraz mojej żony – była inna. Nie my jedziemy wypoczywać, nie my jedziemy po wspaniały czas relaksu. To będzie czas dla dzieci. To będzie ich radość, pomożemy im zbierać dobre wspomnienia, budować radosne dzieciństwo. I stał się cud! Moje obawy zostały w dużej mierze rozwiane! Owszem, tempo często było ślimacze, były momenty narzekania i płaczu. Ale były to jedynie momenty. Rzeczywiście zostałem nieco wymęczony tą powolnością, ale tylko deczko. A radość z tego, że nasze dzieci mają wspaniałe wakacje, że zdobywają szczyty, co napawa ich dumą, że nasz syn strzela z kuszy na zamku, na szczycie góry, że nasze córki moczą z piskiem nogi w lodowatej wodzie strumienia, ta radość przewyższyła wszystkie trudy wyjazdu w góry z sześciorgiem dzieci.

Dalsza nauka z tego wyjazdu jest taka: każdy z nas naprawdę mocno się przemienia. Spostrzeżenie to daje głęboką radość i nadzieję na przyszłość. W tym roku nasz wspólny letni czas wyglądał zupełnie inaczej, niż w latach ubiegłych. O tej zmianie rozmawialiśmy z żoną podczas spaceru do Przesieki. Szliśmy trasą, na której po kolei „wynurzały” się przed nami kolejne szczyty, coraz wspanialsze widoki – im bardziej wspinaliśmy się do góry. Jeszcze na dole zupełnie nie mieliśmy pojęcia, jaki widok czeka nas kilka metrów wyżej, a tam nawet nie przypuszczaliśmy, że za chwilę coś innego wywoła z nas głośne „wooow!”. Nawet gdyby ktoś nam na dole szczegółowo opowiedział, co zobaczymy, to i tak miałoby się to tak sobie do doświadczonej później rzeczywistości. To po prostu trzeba było przeżyć – zachwyty i niespodzianki. Wtedy właśnie pomyślałem o przemianach naszych dzieci i nas. Nie uwierzyłbym, że część naszych dzieci tak szybko dorośnie do tego, by chodzić dziarsko po górach. To przecież zaledwie jeden rok! I pomyślałem, też przez analogię, że tak, jak objawia się piękno gór podczas trudu wspinaczki, tak też objawia nam się piękno naszych dzieci – powoli i w wielkim wysiłku. To, że dziś mój syn z jakiegoś powodu jęczy i jest nie do wytrzymania w pewnych kwestiach, to nie znaczy, że tak ma pozostać. Wystarczy kilka miesięcy, jeden moment w całym trudzie wychowania, by wszystko uległo diametralnej przemianie, a nawet przerosło nasze oczekiwania! I warto przy tym pamiętać o pielęgnowaniu w sobie umiejętności odnajdywania radości w niespodziankach, jakie niesie życie.

No i druga sprawa: nie tylko dzieci się przemieniają! My również doświadczamy pewnej odmienności w nas samych. W zasadzie o to walczymy. O tym już napisałem. Więcej troski o cierpliwość, więcej łagodności i pragnienia przeżycia dobrego czasu rodzinnego. Te pragnienia w moim przypadku nie przychodzą ot tak sobie. Chcę o nie walczyć, chcę rezygnować ze swoich widzimisię ku pożytkowi i radości mojej rodziny. Różnie mi to wychodzi, a porównanie walki, którą toczę w samym sobie, do ciężkiego wysiłku wspinaczki pod górę, jest naprawdę trafne.

Pojechaliśmy wszyscy w góry i zdobyliśmy piękniejsze szczyty, niż się spodziewaliśmy.

Wanda Mokrzycka

Autorka jest mężatką, matką sześciorga dzieci, byłą dziennikarką m.in Gościa Niedzielnego, aktywną Internautką, z zamiłowania fotografką.

źródło: rodzinailustrowana.pl

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
Tagi: , , , , ,

Komentarze:

Napisz nowy komentarz

734