Służba

5 marca 2014 | Autor | Kategoria: Matka w sieci

Nuda. Nie mogę na nią narzekać, z pewnością jednak (nad)używam jej potęgi i natręctwa. Silnie rozpowszechniona, staje się doskonałą wymówką i zwalnia z pracy nad sobą. A wszystko w imię (źle pojętego) wsłuchiwania się w siebie, poszukiwania swojej drogi, samorozwoju itp.

Niewiele mi było potrzeba. Wystarczyło, że przestałam dziwić się i zachwycać tym co wokół mnie,  czyli nadałam statut „codzienność” pewnym zadaniom, a już chwilę później, ze słowem „nuda” na ustach popadłam w swego rodzaju „życiowy paraliż”.
Publikacja tego felietonu jest jednym z wielu elementów podjętej przeze mnie wewnętrznej walki o powrót do działania – służby innym.

Dwoje dzieci już wyszło, trzecie potrzebuje jeszcze pomocy. Wychodzimy zatem chwilę później, by zastać ogrodowych pomocników w wielkim lamencie. Jeden płacze z bólu, drugi z poczucia winy…
W drodze do szkoły ból duszy rośnie wraz z opuchlizną palca i staje się jasne, że jeden z ogrodników nie pozostanie w szkole.
Przed wyprawą do szpitala odwiedzimy krótko szkolną pielęgniarkę, która z największym zaangażowaniem unieruchomi palec i szepnie poufale, żebym szyny pilnowała i nie dała jej sobie odebrać… ok.

W prawdzie za płotem mamy szpital, ale tu NFZ nie zapłaci za pomoc obolałej nieletniej. Pakuję zatem pozostałe dziewczynki, by odnaleźć miejsce, w którym opłaca się pomagać dzieciom. Dzieli nas odległość dwóch środków lokomocji, czyli jednej przesiadki (kto podróżuje z wózkiem, zna ten przelicznik tras).

Póki jedziemy niskopodłogowym autobusem jest dobrze (choć wiem, że dla wielu rodziców i taka przejażdżka jest wyczynem). Problem zaczyna się, gdy zmieniamy pojazd. Prośba o pomoc we wniesieniu wózka z niemowlakiem o trzy stopnie wyżej zostaje niedosłyszana… Próbuję dalej, mniej do tłumu- bardziej osobowo i nic. Mężczyźni nie reagują. Wózek wtargałam z panią po czterdziestce. Tylko dzięki niej, pozostałe córki, które dopingowały mnie z wnętrza tramwaju, nie pojechały w pierwszą samodzielną podróż po mieście… Wysiąść pomaga inna pani.

W szpitalu przygoda zyskuje nowych kilka wątków. Ograniczę się do opisu jednego, w którym okaże się jak wielkie dobro nas spotkało i jak porządne jest wyposażenie szkoły!
Otóż, w obliczu wielce zdumionego pana doktora, który z namaszczeniem przyglądał się opatrunkowi córy, zrozumiałam, że szkolna pielęgniarka miała rację. Szyna to towar deficytowy, którego jak oka w głowie należy pilnować! Chirurg dwa razy, przed i po RTG, nie mógł nadziwić się, że są jeszcze miejsca, w których można porządnie, nie tnąc kosztów, unieruchomić kości. Na jego: „Patrz! Oni mają szyny! U nas od kilku lat nie widziałem…”, pielęgniarka trzeźwo zauważyła, że u nich za to „jeszcze jest personel. I to fajny”. Na co obydwoje się zgodziliśmy.
Nie mniej, czułam się jak bohaterka kultowego „Misia”.

Wsiadamy z powrotem do wysokiego tramwaju i… wraca problem. Potężny węzeł komunikacyjny pełen studentów politechniki, czysto ludzko jest pusty. Puste są zatem godziny na siłowni i na obleganej „ściance”, skoro nikomu nie służą…
I ośmielę się zapytać czy nie jest to skutek wychowania? Kiedy to na jedno dziecko w rodzinie przypada dwoje rodziców, czworo „dziadków” i cały świat kręci się wokół niego? Jemu służą. A on, całe życie, nudząc się, ćwiczył pozyskiwanie i dziś u progu dorosłości, potrafi doskonale wymigać się od wszelkiego obowiązku, odpowiedzialności i zadbać o siebie (ku uciesze dumnych rodziców).

Wanda Mokrzycka

Autorka jest mężatką, matką sześciorga dzieci, byłą dziennikarką m.in Gościa Niedzielnego, aktywną Internautką, z zamiłowania fotografką.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
Tagi: , , , , , ,

Komentarze:

Napisz nowy komentarz

1021